Kopnięci

O futbolu na luźno i poważnie. Informacje, opinie, brameczki, interwencje. Co oglądać, co pomijać. Wszystko co powinieneś wiedzieć o futbolu, ale wstydzisz się zapytać. Wszystko co potrzebujesz wiedzieć o futbolu, a nie chce ci się szukać. Wszystko co chcesz wiedzieć o futbolu, choć jeszcze o tym nie wiesz.

Podsumowanie sezonu (2): Premier League

Co roku w lipcu zaczynam odliczanie, żyję jak z jakimś kalendarzem adwentowym, w którym ostatnim dniem jest ten, w którym w Anglii zaczynają kopać piłkę. W tym roku gwiazdka wypada 8 sierpnia, ale może zanim zaczniemy już pisać o tym magicznym dniu, zróbmy podsumowanie ostatnich prezentów, które w sumie są jeszcze dość świeże, nie?

Premier League nie zmiażdżyła w tym sezonie. Było dobrze, były kapitalne bramki, kompilację najlepszych zagrań z całych rozgrywek można oglądać z szeroko otwartą japą, ale dla mnie czegoś zabrakło.

Europejskie puchary były żenujące i tylko utwierdziły mnie w jednym przekonaniu – może kiedyś warto będzie przyjrzeć się jakoś bardziej analitycznie pewnej sprawie. W końcu coraz więcej mówi się o tym, że angielskie zespoły są lata daleko za La Liga (chciałem też wymienić Bundesligę czy Serie A, ale złapał mnie taki atak śmiechu, że zrezygnowałem) i Juventusem.

Kluby z roku na rok są coraz bogatsze, z roku na rok wydają i proponują więcej, ale czy przekłada się to na poziom ligi i wewnętrznej rywalizacji? W to akurat można wątpić, ale nie chcę za bardzo narzekać, bo całym sercem uwielbiam Premier League i narzekanie do niczego mnie w jej przypadku nigdy nie doprowadziło. Ale im dłużej się nad tym zastanawiam, to jestem coraz bliżej wniosku, że w ciągu ostatniego roku zaskoczyło mnie naprawdę niewiele.

Czwórkę mógłbym wytypować przed sezonem, tak samo jak kryzys Liverpoolu, spadek Burnley i QPR, pewne miejsce Stoke w środeczku tabeli. Nie, nie jestem jasnowidzem, w barze nie uchyliłbym się przed butelką, którą ktoś rzuciłby mi w plecy etc. Po prostu bardzo dużo bardzo ważnych rzeczy, który wydarzyły się w tym sezonie, było po prostu cholernie prawdopodobnych. Dlatego moje zestawienie też formą nie będzie odbiegało od normy – jedziemy zgodnie z tabelą.

CHELSEA

chelsea

Mistrz Anglii nie rzucił mnie na kolana. Nie to, że nie doceniam roboty Mourinho i piłkarzy, ale sezon wyglądał tak, jakby nikt faktycznie nie podjął wyzwania The Blues. Nikt, czyli Manchester City. W tym sezonie tylko on mógł szarpnąć się na to, żeby przeszkodzić londyńczykom w tym, co właściwie od pierwszej kolejki wydawało się nieuniknione.

Niestety (dla rywalizacji, nie z kibicowskich powodów), gra piłkarzy Pellegriniego wyglądała tak, jakby nawet nie próbowali walczyć o mistrzostwo, a wypowiedzi Chilijczyka w pewnym momencie sezonu tylko to potwierdzały. Facet bardzo szybko uświadomił sobie, że sezon przegrał już na starcie, tj. podczas okienka transferowego.

O tym, jak cwany jest Mourinho, można by pisać książki, ale co najważniejsze, potrafi tworzyć cwane zespoły. Pragmatyczne, realizujące to, czego od nich wymaga. Dlatego też Chelsea mogła grać leniwe mecze, w których emocji było jak na lekarstwo, a sama gra zabijała nudą. Tyle tylko, że większość z takich spotkań wygrywała, co przełożyło się na aż 8 punktów przewagi po ostatniej kolejce. Mogło być ich nawet więcej… ale po co się przemęczać?

Mourinho zawiódł się tylko raz. Tak, w PSG w Lidze Mistrzów. Co zapamiętam z tamtych meczów? To, że końcowy wynik był cholernie sprawiedliwy, bo promował zespół, który nie bawił się w jakieś kalkulacje i po prostu chciał grać w piłkę i bardziej chciał wygrać. I jeszcze Marco Verrattiego, chociaż nie ta liga. Ale co zrobić, że chłopak jest magiczny.

Nie było Lamparda (CHELSEA MOŻE ISTNIEĆ BEZ NIEGO), ale był Cesc Fabregas, który brutalnie wypiął się na Arsenal i w pierwszej części sezonu zaliczał Himalaje asystowania kolegom z drużyny. A właściwie nie kolegom, a Diego Coscie, bo na początku rozgrywek ten trafiał do siatki tak, jakby zostało mu kilka meczów na pobicie wszystkich strzeleckich rekordów. Potem ta dwójka nie była już tak widoczna, ale klasowe drużyny poznaje się po tym, jak radzą sobie w kryzysach. Ale umówmy się, Chelsea w tym sezonie kryzysu nie widziała na oczy. Bo miała Edena Hazarda, który zamiótł w lidze, a z tyłu dupska Terryego i Cahilla ratował Thiabaut Courtois, który, o ile nic się nie stanie, będzie bronił w The Blues przez dekadę.

Ale nie odmówię sobie tego, by wspomnieć najwyższą porażkę Mourinho od lat. Porażka 3:5 w derbach Londynu z Tottenhamem w Nowy Rok była brutalnym ciosem dołożonym do posylwestrowego kaca kibiców. Drużyny Portugalczyka tracą mało bramek, a straty 5 nie pamiętają nawet najstarsi górale. Gdyby mieli internet mogliby sprawdzić, że 5 sztuk jego Realowi zaaplikowała tylko Barcelona, jednak tam skończyło się bez choćby honorowego gola. Bolesne, ale czy w jakikolwiek zmieniło to obraz sezonu? Yyyyy… Nie.

Co dalej? Ławka Chelsea nie powala i to, co wystarczyło w poprzednim sezonie, w tym już wystarczyć nie musi. Spektakularnego transferu póki co nie ma, ale trochę cierpliwości, coś się jeszcze wydarzy. A jeśli nie, też nie będzie dramatu.

MANCHESTER CITY

pellegrini

Zawód, zawód i jeszcze raz zawód. Pellegrini został zmiażdżony przez krytykę, ale, co dziwi mnie najbardziej, zachował posadę. Dostał wielkie pieniądze i przepieprzył je koncertowo, sprowadzając zawodników, którzy nie wnieśli absolutnie nic do zespołu.

Poza tym City ma jeden z najstarszych zespołów z Premier League i chyba jest jasne, że trzeba tutaj mocno poprzestawiać klocki, żeby jakoś ten zespół przebudować. Tzn. myślę tak ja i pewnie jeszcze kilka milionów ludzi, ale niekoniecznie Pellegrini. Mógłby spróbować jeszcze raz przyjść i niczego nie zepsuć, mając gotowy zespół, który chyba prowadził się sam, ale musiałby odejść przynajmniej na dwa okienka transferowe, ale jak już pisałem, na to się nie zanosi.

W każdym razie obrońca tytułu sprawiał wrażenie sytego i zadowolonego z siebie, brakowało determinacji i żądzy sukcesu.

Klucz do porażki? Miesięczna kontuzja Aguero i słabsza forma Yaya Toure. Ale umówmy się – Toure nawet w słabszej formie jest bestią, tyle tylko, że przeważnie sprawiał wrażenie zmęczonego/znudzonego. Bony chybiony potwornie (interes życia Swansea), chociaż to przecież pierwsze miesiące na Etihad i nie można go skreślać, Dżeko już w niczym nie przypomina mi jednego z najlepszych napastników Europy (tak, jeszcze w Wolfsburgu był tak niesamowity, że nie mam pytań, z sezonu na sezon coraz gorzej), geniusz Silvy był zakiszony przez długie miesiące, a Kompany zaliczył naprawdę słaby rok. Mangala i Fernandinho też dołożyli swoją cegiełkę.

Mogło być gorzej? Jasne, że tak, ale przed startem rozgrywek nie o taki rezultat chodziło wszystkim w Manchesterze. Jeśli Pellegrini chce udowodnić, że potrafi STWORZYĆ drużynę, to ma do tego całkiem niezłą okazję.

ARSENAL

Arsenal-v-Liverpool (11)

Dla wielu to może być największym zaskoczeniem – Kanonierzy znaleźli sposób na to, jak przestać okupować czwarte miejsce w tabeli i zepchnęli tam Manchester United. To jednak nie zmienia faktu, że Wenger od ładnych kilku lat miota się potwornie.

Łączy tę młodość z doświadczeniem, narzeka na wydawanie pieniędzy, po czym sam robi wielomilionowe przelewy. Wynajduje kolejne dzieciaki, ściąga gwiazdy światowego formatu… i kończy tuż za podium. Żelazny scenariusz deklarowania walki o mistrzostwo, świetny start, a potem wycofanie się gdzieś za Paryż i końcowe zrzędzenie tym razem nie miały miejsca. Arsenal włączył wyższy bieg na początku roku, w lidze notował genialną serię 9 wygranych meczów z rzędu i przyjemnie się to wszystko oglądało.

Sanchez był objawieniem tej ligi, praktycznie w każdym meczu robił coś, po czym należało wstać i się ukłonić do samej ziemi. W środku pola pokazał się Cocquelin, po prawej stronie ganiał Bellerin. Ramsey, Wilshere, Cazorla, Oezil… ta drużyna jest jak najbardziej do poukładania, ale zawsze w kluczowym momencie zaczynają zżerać ją kontuzje, przychodzi zniżka formy i jakaś niewytłumaczalna niemoc.

Chelsea była poza zasięgiem, ale Manchester City już raczej nie i mogło się skończyć nawet wicemistrzostwem.

To i tak nie byłoby zadowalające, ale ten sezon może być przełomowy dla Wengera, który najpierw wprowadził angielską piłkę na zupełnie inne tory, a potem zahibernował się jak Walt Disney i przestał zauważać, że rozwiązania, które dają ci wielkość, nie zapewnią jej na wieki. Menedżerów, którzy to przerabiali, były już dziesiątki, ale Wenger postawił sobie poprzeczkę tak wysoko, że przeskoczenie jej to zadanie niemożliwe. Choć Arsenal nawet nie zbliżył się w ostatnich latach do wielkiej drużyny Wengera z sezonu 2003/2004, to w poprzednim sezonie wyglądał na zespół, któremu brakuje bardzo niewiele, żeby solidnie namieszać, a nie bić się o to, by być w lidze wyżej niż Tottenham (z którym, nie bójmy się tego napisać, w tym sezonie w PL nie wygrał ani razu – 1:1 i 1:2). To jednak jest problem Kanonierów – zawsze czegoś im brakuje, i nikt nie potrafi powiedzieć, co jest tym składnikiem, który w zestawieniu z resztą mógłby wysadzić Premier League.

Odrodzenie przeżył Giroud, ale jak dla mnie to nie jest napastnik, który zrobi Arsenalowi taką robotę… nie, robotę może zrobić, ale nigdy nie stworzy nic pięknego. A ten zespół potrzebuje na szpicy jakiegoś półboga, który będzie zabójczo skuteczny, unikatowy, oczaruje kibiców i zaskoczy przeciwników. Potrzebuje takiego Bergkampa, problem w tym, że takiego kogoś w tym momencie nie ma. Wellbeck też na pewno nim nie zostanie.

Przyszedł Petr Cech, co na pewno będzie ciekawe i na pewno wyjdzie Arsenalowi na plus, bo to inna klasa niż Ospina czy Szczęsny. Jeśli ktoś jest przeciwnikiem Wengera, to albo będzie musiał diametralnie zmienić zdanie, albo po tym sezonie już nic go do tego nie przekona. Wołania o transfery już się zaczęły, zobaczymy, co z tego wyniknie.

MANCHESTER UNITED

van gaal

Miała być wielka rewolucja, a tymczasem było jak u Moyesa. Przynajmniej przez pierwszych kilkanaście kolejek. Van Gaal mógł rozbić bank i szaleć na rynku transferowym i po części to zrobił, ale nikt chyba nie oszukiwał się, że Manchester będzie walczył o mistrzostwo. Czerwone Diabły długo katowały kibiców swoją grą, oglądało się to trudno, a i piłkarze chyba mieli naprawdę mało frajdy z tego, co pokazywali w kolejnych meczach.

Progres jest, ale zakończony sezon był poligonem dla van Gaala, z którego według mnie trudno wyciągnąć sensowne wnioski. Kilka razy Manchester ratowali piłkarze, których na zdrowy rozsądek van Gaal powinien odstrzelić – Marouane Fellaini czy Ashley Young. Zamiast tego Holender zdecydował się skupić walce z Di Marią, ale chyba nikt na tym nie skorzystał. Najwyraźniej ten trener zawsze musi znaleźć sobie jakąś gwiazdę, którą będzie mógł spektakularnie udupić – szkoda tylko, że na ten cel musiał wydać jakieś 50 milionów funtów, ale kto bogatemu zabroni.

Kilka razy pokazał się Juan Mata, błysnął Ander Herrera, ale wyciągając rzeczy w stylu Wayne Rooney grający w środku pomocy, sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Manchester kilka razy wyglądał jak zespół, co robiło piorunujące wrażenie. Brutalnie przekonał się o tym Tottenham (chyba najlepszy mecz United w sezonie), a klasyk z Manchesterem City to był kawał kapitalnego futbolu.

Trudno jednak zapomnieć o wpadkach z początku sezonu i o końcówce, w której bardzo przeciętny Everton zlał gości z Manchesteru 3:0. Zaczęło się źle, skończyło zgodnie z planem. Eksplozji wielkich talentów nie odnotowano, podobnie jak szokujących momentów. Ten spokojny sezon ma być jednak ciszą przed burzą, która rozpocznie się już za miesiąc. Po cichu odszedł Robin van Persie, co w tym może wyjść zespołowi tylko na dobre. 27 meczów ligowych, 10 bramek i 2 asysty – to nie jest najgorszy bilans, ale w dwóch ostatnich sezonach Holender był coraz gorszy i z piłkarza ciągnącego zespół stał się jednym z głównych hamulcowych. W niczym nie zmienia to faktu, że w porównaniu z Falcao wciąż wyglądał jak piłkarz, a nie jak statysta, któremu udało się nabrać wszystkich. Największa transferowa pomyłka sezonu? Na pewno mocny kandydat, ale ze skreślaniem go bym się wstrzymał, bo mam wrażenie, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i w Chelsea znajdzie formę.

Manchester pokazuje jasno, że gra ostro – Depay, Darmian, Schweinsteiger, Schneiderlin… Paka, jaką kleci van Gaal, może robić duże wrażenie, a gadanie o kłopotach bogactwa może tutaj nabrać nowego znaczenia.

TOTTENHAM

kane

Wszyscy kibice Tottenhamu zamiast pieprzonego piątego miejsca woleliby pieprzone czwarte miejsce. A właściwie błogosławione (bo może lepiej od razu bić się o mistrza?) czwarte miejsce, które dałoby Ligę Mistrzów.

Tottenham jest w przebudowie, a ta przebudowa trwa w sumie od lat. Czy koniec jest bliski? Tego nie da się stwierdzić. Koguty pozbywają się szrotu, żeby nasprowadzać go jeszcze więcej – w przyrodzie w końcu nic nie ginie. W każdym razie Spurs pokazali, że w tym sezonie przyszła młodość, bardzo zdeterminowana, szalona młodość.

Nabil Bentaleb i Ryan Mason grali aż miło w swoich pierwszych pełnych sezonach w Premier League, jednak Tottenham dorobił się jednej gwiazdy, o której mówiła cała Anglia. Harry Kane był wyczekiwany na White Hart Lane latami. Zawodnik idealny dla Anglii, drugi Alan Shearer i kolejny Wayne Rooney. Przez te kilka ostatnich miesięcy napisano o nim wszystko i dawno nie było postaci, która tam momentalnie znalazła się na ustach wszystkich, którzy interesują się angielską piłką.

Surowy technicznie, momentami niezgrabny, którego braki widać jak na dłoni. Z drugiej strony dawno nie było kogoś, kto pokazywałby taką determinację i zrobiłby tak szybki postep jak uwielbiany przez kibiców Spurs Kane. Wypożyczany, niedoceniany przez kolejnych menedżerów, wreszcie się wybił i to od razu na szczyt. Można tylko domyślać się, ile pozycji niżej byłby Tottenham, gdyby talent 20-latka nie eksplodował właśnie w tym sezonie. Prawdziwy zbawca White Hart Lane nadszedł w wielkim stylu.

W żadnej innej drużynie ligi bramki dwóch zawodników nie dawały tyle punktów, co w Tottenhamie. Dwóch, bo nie można zapominać o Christianie Eriksenie, który na początku sezonu trafiał do siatki seryjnie. Pożoga w napadzie z Soldado i Adebayorem została zepchnięta na dalszy plan, a wyobraźnią kibiców zawładnął Kane, który dołożył swoją wisienkę na torcie, dwa razy trafiając w meczu z Arsenalem i rozbudzając nadzieje kibiców.

Z Tottenhamem zawsze jest tak, że chwilę później musi przyjść przebudzenie. Kubeł zimnej wody na głowy kibiców wylał Mario Balotelli. Jedyna bramka dla Liverpoolu w Premier League, nie mogło być inaczej. W meczu, który nastąpił po derbach, w których Tottenham jeszcze mógł rzucić się do walki o czołową czwórkę. 2:3 z „The Reds” pomogło kibicom racjonalnie podejść do tematu i przełożyć wielkie plany na kolejny sezon. Czyli standardowo. Mauricio Pochettino porwał się na ambitne zadanie i choć kilka razy się sparzył, wydaje się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

LIVERPOOL

lids

Bycie kibicem The Reds jest w ostatnich latach naprawdę dużym wyzwaniem. Dwa sezony temu wydawało się, że Liverpool może wykorzystać swoją szansę i sięgnąć po tytuł, na który kibice czekają od 1990 roku. Wyszło jak wyszło, tego nie trzeba chyba przypominać.

Ale chyba nikt nie spodziewał się, że kolejny sezon będzie tak bardzo bolesny. Rodgers od początku prowadzenia Liverpoolu wydał na zawodników kosmiczne pieniądze. Właściwie to zawodników kupił tylko kilku, bo większość tych transferów trudno nazwać udanymi. Śmichy z Tottenhamu, który koncertowo rozwalił 100 milionów za Bale’a skończyły się w momencie, kiedy Irlandczyk zrobił to samo. Marković, Balotelli, Borini, Allen, Aspas, Lallana, Lovren, Sakho – w sumie wychodzi jakieś 120 milionów (oczywiście to nie jeden sezon), a jakość, jaką wnieśli do zespołu jest widoczna gołym okiem. Oczywiście, o ile ci piłkarze w ogóle znajdują się w wyjściowym składzie.

Liverpool cierpi po utracie Suareza i nie ma żadnego lekarstwa na tę chorobę. Te zakupy to jak kupienie Apapu, kiedy umierasz na raka mózgu. W Barcelonie tylko potwierdził, że nie da się go zastąpić.

Sezon rozczarowań? Na pewno tak, ale po raz kolejny to napiszę – tego można było się spodziewać. Nie było widać stylu i jakiegoś większego pomysłu na grę. Jeśli tak było w poprzednich sezonach, można było zagrać do Suareza, który praktycznie zawsze był w stanie coś wymyślić, nawet w pojedynkę. Błyskawiczne odpadnięcie z Ligi Mistrzów, pożegnanie z Ligą Europy i spasowanie w walce o mistrzostwo – trzeba przyznać Rodgersowi, że przynajmniej szybko potwierdził obawy kibiców, że Liverpool będzie miał problem. Gorzej z tym, że na razie nie wiadomo, jak go rozwiązać.

W całym sezonie Rodgers wygrał jeden mecz z wyżej notowanym rywalem – 2:1 z Manchesterem City. Oprócz tego same porażki i remisy. Na plus seria 13 meczów bez porażki, Coutinho i duży progres Hendersona.

Nie da się też nie napisać o pożegnaniu Gerrarda. Cała bogata kariera na Anfield, ale mistrzostwa nie uświadczył. Będzie nam brakować desperackich strzałów z 30 metrów w 25. minucie spotkania. Zobaczymy, jak w Steviego G będzie wcielał się Henderson i czy Firmino zostanie zbawcą The Reds w nadchodzącym sezonie.

GettyImages-471947998_0

To najważniejsze. Czy na pewno najważniejsze? Po tych 5 stronach nie chcę pisać 5 następnych, szczególnie, że nie byłem uważnym obserwatorem tego, jak mijał sezon West Bromwich Albion, ale na pewno jest dużo innych rzeczy poza walką o czołową czwórkę, o których warto wspomnieć.

Nie wierzyłem w to, że po przedsezonowej wyprzedaży i zmianie trenera Southampton będzie walczyć o cokolwiek większego niż szybkie zapewnienie sobie utrzymania i przetrwanie sezonu. Okazało się jednak, że Koeman przyszedł, sprowadził kilku ciekawych zawodników i wycisnął z zespołu absolutnie wszystko, co można było wycisnąć.

Śmieszą mnie takie stwierdzenia jak to, że Święci po rewelacyjnym początku sezonu, gdzie imponował obroną, a w ataku pierwsze skrzypce grali debiutujący w Premier League Tadić i Pelle, miał walczyć o Ligę Mistrzów. Jeszcze bardziej absurdalne były podobne opinie, w których rozpływano się nad West Hamem.

Może to jest trochę smutne, ale takie zespoły nie mają najmniejszych szans na to, by wbić się na czołowe miejsca. Chodzi o doświadczenie, pieniądze, piłkarską jakość, ławkę rezerwowych – o wiele czynników, które są na dalszym planie tego, co dzieje się na boisku. Przy całym moim szacunku do tych pięknych historii, w których ci, na których nikt nie stawia, robią coś wielkiego, tutaj nic takiego stać się nie mogło. Niestety, pragmatyzm bije romantyzm aż miło.

Southampton za Pochettino miał świetną pakę, teraz też na pewno może się podobać, ale cały czas to nie jest ten poziom, który mógłby na dłuższą metę zagościć w ścisłej czołówce.

Kto może cieszyć się po sezonie? Na pewno Pardew, który miał ładną zemstę na Newcastle, na pewno Marc Hughes, który niczego nie zepsuł w Stoke. Na wyższy poziom raczej tego zespołu nie przeniesie, ale pokazał, że nie jest takim dyzmą, za którego go uważałem. Fajny wynik wykręciła Swansea, która praktycznie od początku swojej gry w Premier League ma coś, czego często brakuje nawet dużo większym drużynom – styl. Na Łabędzie patrzy się przyjemnie, a dodając do tego rodaka w bramce, trudno nie ściskać za nich kciuków. Fabiański bardzo się wyrobił i całe szczęście, że wreszcie odszedł z Arsenalu.

fabianski_radosc_03_2015_newspix_650

Jak jesteśmy przy Polakach, to trzeba też napisać o Wasilewskim. Leicester niby walczył do końca o utrzymanie, ale porównania z Burnley, QPR czy Hull wychodzą zdecydowanie na plus. Beznadziejność QPR momentami naprawdę zaskakiwała, a ten klub chyba zasługuje na coś więcej niż walkę o bycie w elicie, a później spektakularne dostawanie batów. Wasyl nie grał wszystkiego, nie był też czołowym obrońcą Premier League, jak wielu chciałoby to widzieć, ale w tym wieku zaliczyć pozytywny debiutancki sezon w najlepszej lidze świata to i tak osiągnięcie, które powinno się oklaskiwać na stojąco. I potwierdzenie tego, ile można osiągnąć, mając CHARAKTER. To takie coś, czego brakuje na przykład Newcastle. Jeśli chcecie zostać trenerem i macie wielkie ambicje, które chcecie zniszczyć, powinniście udać się właśnie tam. Jest hajs, są kibice, przewijają się tam naprawdę dobrzy piłkarze, ale wyniki… To już zupełnie inna sprawa, a zakończony sezon mógł równie dobrze skończyć się spadkiem, gdyby tylko w walce o utrzymanie uczestniczył ktoś bardziej konkretny.

Ah, i jeszcze na propsie tekst kogoś z „Piłki Nożnej”, kto napisał przy okazji zatrzymania Adama Johnsona za seks z niepełnoletnią, że to nie jest istotny piłkarz Sunderlandu. Bez niego Czarne Koty zamknęłyby tabelę, a w chwili aresztowania miał na koncie najwięcej bramek i asyst przy praktycznie komplecie meczów. No, faktycznie taka postać drugiego planu.

Następne plusiki dla West Hamu za dobry początek sezonu i wynalezienie Aarona Cresswella, dla Sherwooda za przebudzenie Aston Villi i WBA za pewne utrzymanie. I dla Yannicka Bolasie, który kilka razy pokazał taką technikę, że klękajcie narody. Dołączył do Berbatova i McGeady’ego, którzy jednym zwodem trafili do historii, nawet jeśli ma być to historia FIFY.

*****************************************************************************

TABELA PREMIER LEAGUE

STRZELCY PREMIER LEAGUE

*****************************************************************************

JEDENASTKA SEZONU wg Kopniętych:

PREMIER LEAGUE

Ława: Courtois, Cahill, Bertrand, Sigurdsson, Eriksen, Austin, Costa

Z jedenastką można polemizować, jest mocno subiektywna, ale uznałem, że warto docenić Southampton, nawet kosztem Boruca, który oddał miejsce w składzie nie byle komu. Forster do momentu kontuzji był półbogiem w bramce. Dlatego też Fonte, ale środkowi obrońcy mi jakoś niespecjalnie imponowali w tym sezonie. Mimo wszystko wybrałem Terry’ego. Nie znoszę, ale niech będzie, że to za całokształt dobrej obrony Chelsea w tym sezonie.

słójkowski

Reklamy

One response to “Podsumowanie sezonu (2): Premier League

  1. Pingback: Dlaczego Manchester United nie zostanie Mistrzem Anglii | Kopnięci

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: