Kopnięci

O futbolu na luźno i poważnie. Informacje, opinie, brameczki, interwencje. Co oglądać, co pomijać. Wszystko co powinieneś wiedzieć o futbolu, ale wstydzisz się zapytać. Wszystko co potrzebujesz wiedzieć o futbolu, a nie chce ci się szukać. Wszystko co chcesz wiedzieć o futbolu, choć jeszcze o tym nie wiesz.

Przepłacony Sterling to dopiero początek?

sterling

To, że ceny w Premier League są szaleństwem, nie jest żadną nowością. Już sam ten fakt jest problemem – to kwestia czasu, kiedy przyzwyczaimy się do czegoś, co nie jest normalne. Jasne, były już głupsze i bardziej przepłacone transfery niż ten Sterlinga, ale zrobienie akurat z tego zawodnika najdroższego Anglika w historii i 10. najdroższego piłkarza w historii piłki nożnej to poważne nieporozumienie. Jest jednak coś, co dobrze tłumaczy tę rozrzutność. Wyobraźcie sobie, że 9. Zawodników od początku kopania piłki przez ludzi kosztowało więcej niż Sterling. 20-letni Sterling, który w dorosłej piłce rozegrał trzy sezony w Premier League jest wart tyle, co cała jedenastka Juventusu. Tak, dla przykładu. Zacznijcie wymieniać piłkarzy lepszych od niego – podejrzewam, że przy 50. nazwisku nawet nie pojawi się myśl, że Sterling jest gdzieś blisko. Nie wiem jak wy, ja nawet nie zastanawiam się, na co wydałbym podobne pieniądze, bo szansa, że kiedykolwiek zobaczę takie na oczy, jest raczej niewielka. W każdym razie wątpię, czy zdecydowałbym się na akurat ten sposób wywalenia hajsu.

Angielscy piłkarze stoją na szczycie piłkarskiego łańcucha pokarmowego, ale raczej nie dlatego, że grają w piłkę lepiej niż reszta ludzkości. Zarabiają jak nikt inny i przez idiotyczne przepisy są przepłacani jak nikt inny. Trudno się dziwić, że cała angielska kadra gra w klubach na Wyspach.

Polscy piłkarze chcą wyjeżdżać za granicę, bo dostają tam lepsze pieniądze, niektórzy nawet robią jakąś karierę, żyją sobie na dobrym poziomie, poznają nową kulturę etc. I wszystko super. Angielski piłkarz nie ma najmniejszego powodu, żeby wyjeżdżać za granicę. Jego kariera zaczyna się na Wyspach, trwa na Wyspach, i zazwyczaj kończy się na Wyspach, chociaż ostatnio Lampard i Gerrard pokazali, że można jeszcze dopisać coś do swojego konta w USA (a, no i te tzw. sportowe wyzwania też pewnie są ważne).

Dlaczego mieliby próbować robić karierę za granicą? U siebie mają wszystko, czego mogą potrzebować. Dziesiątki akademii, miejsc do tego, by uczyć się grać w piłkę, scoutów, którzy potrafią wypatrzyć talent, i wreszcie kluby, które są w stanie dać im pieniądze, jakich nigdy nie zarobiliby nigdzie indziej. Etykieta najlepszej ligi świata także robi swoje.

Kiedy w Anglii pojawia się talent, media szaleją, pojawiają się dziesiątki transferowych pogłosek, który z gigantów się nim zainteresuje i ile milionów jest gotowy zapłacić. Trzeba przyznać, że dla drużyny, w której gra, to komfortowa sytuacja. Może dyktować warunki, w najgorszym wypadku zarobi na jednym piłkarzu tyle, że będzie w stanie kupić kilku zamiast niego i zapewnić sobie pokaźny zastrzyki gotówki. Chociaż umówmy się – niektórzy gracze są nie do zastąpienia i po sprzedaży jednej gwiazdy trudno jest wypełnić miejsce po niej nawet ze 100 milionami w kieszeni (przykłady Liverpoolu i Tottenhamu).

Talent to z kolei pojęcie względne i trudne do wycenienia. Nigdy nie ma się gwarancji, że nowy nabytek wypali, do tego dochodzi jeszcze głowa, charakter, kwestie pozasportowe. Przykładów są setki. Wspominałem o przepisach, które obowiązują w Premier League i które teoretycznie mają promować angielskich zawodników. Teoretycznie, bo w praktyce trudno zauważyć, by wychowankowie i młodzi rodzimi piłkarze byliby kluczowi dla sukcesu.

Angielskie talenty nawet nie wyszły z grupy na ME do lat 21. Wstyd jak cholera. O tym, jak zwykle wyglądają dla „Synów Albionu” największe imprezy w ostatnich latach, nie trzeba nikomu przypominać .

Weźmy pod uwagę projekt zmiany w przepisach, który nakazywałby klubom posiadanie w swoim 25-osobowym składzie 12 zawodników o statusie home grown (wychowanek albo, niezależnie od narodowości, związany z klubem  angielskim od 15. roku życia). FA chce, by taki motyw wszedł w życie w 2016 roku. Aktualnie jest to 8 zawodników na zespół, przy czym wystarczy, że piłkarz przez 3 lata trenował/grał w klubie angielskim lub walijskim, a z miejsca zyskuje status home grown. Różnica jest znaczna, a w Anglii trwa dyskusja o tym, czy będzie w stanie zmienić cokolwiek w angielskiej piłce. Jasne, że może, tyle że raczej nie wprowadzi żadnej rewolucji jeśli chodzi o poziom gry angielskich piłkarzy, a prawie na pewno będzie ciosem wymierzonym w poziom ligi.

Premier League żyje obcokrajowcami, taka jest nieco smutna prawda, zmniejszenie ich liczby oczywiście „zmusi” kluby do tego, by stawiać na wychowanków i Anglików. Wystarczy spojrzeć na proporcje – 12 do 13 – jasne, można złożyć jedenastkę z piłkarzy zagranicznych, ale w tym wypadku trzeba mieć też ludzi spełniających wymogi i potrafiących wnieść coś do zespołu. I dochodzimy tu do tego, czego przedsmakiem jest kosmiczny transfer Sterlinga – walki o wyróżniających się piłkarzy z Wysp.

Patrząc na to, jak wyglądały składy zespołów Premier League w ubiegłym sezonie, czołowe zespoły miałyby problemy z tym, żeby sprostać wymaganiom. Przed kupnem Sterlinga Manchester City został z zaledwie dwoma graczami, którzy kwalifikowali się jako home-grown. James Milner, Dedryck Boyata, Micah Richards i Scott Sinclair odeszli, a i tak “Obywatele” już wcześniej mieli problem z niewielką liczbą rodzimych piłkarzy. Chociaż trzeba zapytać – czy to faktycznie problem? Końcowa tabela sezonu 2014/15 i liczba piłkarzy wyszkolonych w Anglii według poszczególnych klubów pokazują jasno, że granie „swoimi” nie popłaca.

Tutaj widzimy zestawienie bodajże z marca (tylko lekko nieaktualne) z nowymi przepisami.

home grown

Cała czołówka (z wyjątkiem Newcastle) nie bardzo może pochwalić się promowaniem dużej ilości angielskich piłkarzy, chociaż jeśli weźmiemy pod uwagę jakość, to nie jest tak źle. Rooney będzie ikoną Manchesteru, Hart to świetny bramkarz, Kane ciągnął Tottenham przez cały sezon, a Terry z Cahillem trzymali obronę Chelsea.

Tacy zawodnicy mieliby pewne miejsce w składzie każdego zespołu Premier League. Gorzej, jeśli trzeba będzie do nich dokładać zmienników, którzy w dodatku będą kosztować chore pieniądze tylko dlatego, że są Anglikami. Wracamy trochę do punktu wyjścia – ile wart jest Raheem Sterling?

HA, PROSTE – TYLE, ILE KTOŚ ZAPŁACI.

To też prawda, ale osobiście, starając się być obiektywnym i patrząc na transfery z ostatnich lat, to według mnie kwota wahałaby się między 15 a 20 milionami, i to raczej euro niż funtów. City w potrzebie może dać dużo więcej, co zresztą widzieliśmy już nie raz. Jeśli dodamy ich problemy z angielskimi piłkarzami, po części można to zrozumieć, ale i tak mam wrażenie, że pierwszym skojarzeniem ze Sterlingiem w paru następnych latach będą nie jego akcje i bramki w błękitnej koszulce, a teksty o tym, że w wieku 17 lat miał trójkę dzieci.

Może już niedługo ruszy ofensywa transferowa, która będzie nastawiona na młodych Anglików i będziemy mieli okazję przekonać się, jak wpłynie to na jakość angielskiej piłki. Cudów bym się jednak nie spodziewał, chociaż jeśli ktoś pobije transfer Andy’ego Carrolla do Liverpoolu (mam tu na myśli stosunek jakość/cena), będziemy mogli to rozpatrywać właśnie w kategoriach, które wymykają się nauce i rozumowi.

P.S. Sterling w sierpniu ubiegłego roku mógł pochwalić się jedynie córką, Melody Rose, chociaż trudno wykluczyć, czy od tego czasu coś się nie wydarzyło.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: