Kopnięci

O futbolu na luźno i poważnie. Informacje, opinie, brameczki, interwencje. Co oglądać, co pomijać. Wszystko co powinieneś wiedzieć o futbolu, ale wstydzisz się zapytać. Wszystko co potrzebujesz wiedzieć o futbolu, a nie chce ci się szukać. Wszystko co chcesz wiedzieć o futbolu, choć jeszcze o tym nie wiesz.

Liga Groteski

dsc0541476825589

Nie tak dawno popadłem w lekką euforię i euforycznym tekstem (do przeczytania tutaj) pochyliłem czoła przed mistrzem Polski, który po dwudziestu długich latach awansował do upragnionej Ligi Mistrzów. 

Ludzie mojego pokolenia raczej nie znali smaku najlepszych klubowych rozgrywek świata z udziałem polskiej drużyny. Coś nowego, coś fantastycznego – i pomimo, że już na starcie byliśmy przegrani (tak, BYLIŚMY, bo ta Liga Mistrzów jest dla nas, polskich kibiców, bez względu na klubowe sympatie czy antypatie), a każde zwycięstwo było bardziej niż niemożliwe, z wypiekami na twarzy oczekiwałem pierwszego gwizdka na Łazienkowskiej.

Hymn Ligi Mistrzów, 20:45, reklamy PlayStation i Heinekena, charakterystyczna oprawa, stadion przyozdobiony na niebiesko, najlepsze drużyny klubowe świata i MY w samym centrum, gdzie oczy futbolowej Europy patrzą bez mrugnięcia, gdzie piłkarski świat wstrzymuje oddech i nic więcej się dla niego nie liczy. UEFA Champions League.

Serio, gdy zobaczyłem to w TV (wiele bym dał, by znaleźć się wówczas na trybunach), w oku pojawiła się łezka szczerego wzruszenia. Przepiękny, wypełniony po brzegi stadion, lśniąca murawa, polski klub naprzeciw Borussii Dortmund. Wielki moment, na który czekaliśmy, o który walczyliśmy, o który staraliśmy się i którego pragnęliśmy.

Brutalne przebudzenie z pięknego snu 

Wielki moment okazał się zaledwie momentem, bo momentalnie zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Nie chodzi już nawet o to, że Legia szybko straciła bramkę. Rozczarowało, a raczej mocno wkurwiło podejście piłkarzy do tego meczu. Oni nie byli bezradni, przestrzaszeni czy zrezygnowani. Oni po prostu wyłożyli lachę na to spotkanie.

I nie chodzi tu o klasę zespołu, jego umiejętności, możliwości. Nawet San Marino potrafi powalczyć, strzelić bramkę w eliminacjach, a półamatorski Dundalk zdobywać punkty w Lidze Europy. Jest bowiem jakiś minimalny próg w piłce nożnej, poniżej którego – nieważne jak beznadziejna jest drużyna – zejść się po prostu nie da, angażując się w mecz. Chodzi po prostu o to, że nie ważne ile przegrywasz – ważne jak bardzo starasz się nie przegrać. Czego doskonałym przykładem jest mecz z Realem, ale o nim zaraz.

Zapadła mi w pamięć dość kontrowersyjna na pierwszy rzut oka, ale jak wiele obrazująca opinia, którą usłyszałem po dotkliwej porażce naszej reprezentacji z Ukrainą w eliminacjach MŚ 2014 (1:3 na Narodowym podczas zimnego, marcowego wieczoru). Polacy ujrzeli wówczas zaledwie jedną żółtą kartkę – przy pięciu ukraińskich. Dlatego też przegrali.

Przed rozpoczęciem rozgrywek, zaczepiany często na ulicach, pytany o Legię w Lidze Mistrzów, odpowiadałem:

– Legia nie skompromituje się. Wyjdzie na murawę, na zupełnie innym poziomie zaangażowania, koncentracji, ambicji. Przy pełnych trybunach, przy tym fantastycznym hymnie Ligi Mistrzów, dadzą z siebie wszystko, będą jeździć na dupach, będą gryźli murawę. Będą walczyć na 200 procent. Nie wygrają, ale nie zaliczą blamażu. Zbyt długo na to wszyscy czekaliśmy, żeby tak łatwo spieprzyć.

Tymczasem Legia z Borussią nie wzięła udziału w meczu. Zawodnicy truchtając udawali, że grają. Sportowo więc, zaliczono fatalny w skutkach falstart, bo zdefiniował on udział mistrza Polski w Lidze Mistrzów – chłopców do bicia, solidnego bicia. A mieli walczyć ze Sportingiem o trzecie miejsce w grupie, heh.

0005x3lwd10yt8pw-c122-f4

Legia zwycięża na Bernabeu

Sam mecz z Realem miał być ostateczną kompromitacją i egzekucją. Gorzej niż z Borussią zagrać się jednak nie dało i przy lekceważącym podejściu Królewskich legioniści zaprezentowali się całkiem fajnie – o ile fajnym wynikiem można nazwać porażkę 1:5. Słupek, kika akcji oskrzydlających, kilka strzałów na bramkę, wreszcie upragniony gol. Dziennikarze popadli w euforię, rzucając hasłami w stylu „najfajniejsze 1:5 w historii naszej piłki”, „Legia wraca z Madrytu z tarczą, a nie na niej”, „Legia zrobiła wrażenie”.

0:6 z Borussią, 1:5 z Realem, a my wędrujemy z piekła do nieba. Inauguracja na Łazienkowskiej położyła dla Legii poprzeczkę na ziemi, więc bijemy brawo, że piłkarze spełnili minimum obowiązku i postarali się zagrać w piłkę w Madrycie. Zapominamy tylko o jednym – na takim poziomie, na jakim jest Liga Mistrzów, mecz z podniesioną głową można zakończyć tylko i wyłącznie wtedy, gdy walczy się o wynik.

Tak, jak powalczył chciażby Celtic – ten sam, któremu dupę łoiła Legia nie tak dawno – z Manchesterem City (3:3). Tak, jak powalczyła Astana w poprzednim sezonie z Benfiką (2:2). Tak, jak zaskoczył APOEL z Chelsea (2:2) kilka lat temu czy Cluj na Old Trafford (0:1). A Legia nie walczyła o wynik nawet przez chwilę.

Nie głaskajmy legionistów za to, że przegrali 1:5 z Realem. To była druzgocąca porażka, która nie wzięła się z niczego. Nie było kompromitacji, bo nie było już czego kompromitować. I jedna z najstarszych futbolowych maksym, tak banalna i czasem wyśmiewana, potwierdziła w tym przypadku, że jest jedną z najmądrzejszych – gra się bowiem tak, jak przeciwnik pozwala.

Osobny akapit należy się w tym miejscu Arkowi Malarzowi (w meczu z Realem Arkowi „Ręcznikowi” – każdego gola obserwował na kolanach, odprowadzając piłkę wzrokiem). Początkowo sympatyczne było to jego tłumaczenie się i biczowanie w pomeczowych wypowiedziach. Później zaczęło robić się śmieszne, następnie żałosne, a teraz już denerwujące. Czy on dostaje jakieś dodatkowe pieniądze za to męczennictwo w mediach? Czy Arka przy mikrofonie będziemy oglądać po każdej porażce Legii w tym sezonie? Może po zakończeniu kariery powinien zostać zatrudniony, w roli „rzecznika przegranych”, albo coś w tym stylu.

57d9bd9b9a8aa4_27568225

Klęska ludzi futbolu

Poziom sportowy poziomem sportowym, każdy kibic w Europie weźmie w rękę skarb kibica i przeczyta o wynikach, które nie różnią się w zasadzie od tych cosezonowych w wykonaniu europejskich kopciuszków i debiutantów. Legia od początku miała być dostarczycielem punktów i w ostatecznym rachunku wszystko będzie się zgadzać. Zaskoczenia zatem nie ma – może trochę niespełnione nadzieje futbolowych romantyków. I wszyscy machnęlibyśmy na to ręką, gdyby nie jeden szczegół, z wagi którego nie wszyscy zdają sobie sprawę.

Zamknięcie stadionu na mecz z Realem jest wielkim dramatem całej polskiej piłki, od orlików w Sosnowcu po rude wąsy Zbigniewa Bońka. Jest ostatecznym upadkiem całego piłkarskiego środowiska i dowodem na to, że nasze miejsce jest w śmietniku, a nie na futbolowych salonach.

O to miejsce walczyli wszyscy, których obchodzi w Polsce kondycja polskiego futbolu. Walczono na szczeblach administracyjnych, ustawodawczych, szkoleniowych, walczyli wuefiści w szkołach, walczyli policjanci, kibice, urzędnicy, walczyli działacze, trenerzy, prezesi. Walczył Jerzy Dudek, Jacek Krzynówek, Olisadebe i wreszcie Robert Lewandowski. Walczyłem ja, walczyłeś ty.

Dwadzieścia pierdolonych lat gonitwy za Zachodem, za piłką z ekranów telewizorów, za normalnością. Czasem patrzymy na Rosję, Bałkany, Turcję czy ogólnie południe Europy jak na jakiś trzeci świat, futbolową dzicz i bydło, podczas gdy sami w oczach świata jesteśmy tym bydłem.

Bydłem, które strach wpuścić jako gości na stadion, a już pojechać do nich to jakieś szaleństwo albo samobójstwo. Gaz rozpylany na własnych trybunach, antysemickie przyśpiewki, szturm na sektor gości, wreszcie krucjata przeciw madryckiej policji. Wykluczenie Legii z Ligi Mistrzów w dalszej perspektywie, jakie grozi po wydarzeniach w stolicy Hiszpanii, byłoby czarnym epilogiem tej groteskowej historii.

legia_dupa_cenz

Bo groteskowy jest cały ten udział Legii w Lidze Mistrzów, zarówno jeśli chodzi o wydarzenia na boisku, jak i wydarzenia poza boiskiem. 20 lat czekaliśmy na Real Madryt, żeby przyjechał na nasz stadion. Przyjedzie, ale zamiast pięknego wieczornego meczu Champions League rozegra sparing, trening z pachołkami.

Konsekwencje przedstawenia, jakie urządzili kibice stołecznej drużyny są o wiele większe, niż większość przypuszcza. Są o wiele bardziej istotne, niż szydera w internecie i satysfakcja hejterów. Włodarze i decydenci zastanowią się bowiem kilka razy, zanim znów powierzą nam organizację finału europejskich rozgrywek czy organizację mistrzostw. Reputację szalenie trudno zbudować, ale bardzo łatwo stracić. Można ją budować dwie dekady i spuścić w kiblu w dwa wieczory. A żaden Platini nowej reformy już dla nas nie wymyśli.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: