Kopnięci

O futbolu na luźno i poważnie. Informacje, opinie, brameczki, interwencje. Co oglądać, co pomijać. Wszystko co powinieneś wiedzieć o futbolu, ale wstydzisz się zapytać. Wszystko co potrzebujesz wiedzieć o futbolu, a nie chce ci się szukać. Wszystko co chcesz wiedzieć o futbolu, choć jeszcze o tym nie wiesz.

Ugrać więcej, niż się spodziewamy

pd1_1030-2-1024x700

Fot. Paula Duda

Przypomniał mi się 2002 rok i szumne zapowiedzi Jerzego Engela wierzącego w koreańsko-japoński sukces, gdy w mediach zapanowała gorączka i niezrozumiała euforia – „WALCZYMY O MEDAL”. Postanowiliśmy stanąć do boju z młodzieżowymi reprezentacjami Hiszpanii, Włoch, Niemiec czy Portugalii, zapominając o jednym – te zespoły są de facto młodzieżowymi reprezentacjami La Liga, Serie A czy Bundesligi. A my straszymy młodzieżą Ekstraklasy.

I pół biedy, gdyby ta młodzież Ekstraklasy miała chociaż okazję postraszyć. Problem polega na tym, że na kluczowych pozycjach stajemy do boju zawodnikami grzejącymi ławę albo występującymi w rezerwach przeciętnych, europejskich klubów.

Trudno wyobrazić sobie, że leczący przez ostatnie miesiące staw skokowy Jarosław Jach miałby zatrzymać takiego, na przykład, Renato Sanchesa. Jakim cudem Bartosz Kapustka, który ostatni poważny mecz rozegrał chyba na EURO 2016, miałby toczyć pojedynki z, dajmy na to, Hectorem Bellerinem? W jaki sposób rozbijać ataki, powiedzmy, Federico Bernardeschiego, miałby Paweł Dawidowicz, jeżeli ostatni mecz w barwach Bochum rozegrał w kwietniu?

Inna kultura budowania piłkarza od najmłodszych lat, inna perspektywa rozwoju zawodnika, zupełnie odmienne „piłkarskie DNA” i tradycja reprezentacji młodzieżowych nie pozwala nam marzyć o toczeniu pojedynków z tymi potężnymi nacjami. Podczas gdy Hiszpanie wystawiają na turniej zawodników, którzy strzelają gole w finale Ligi Mistrzów, my straszymy graczami Cracovii, Jagielloni czy Ruchu Chorzów. Przepaść jest kolosalna, ale czy kiedykolwiek była mniejsza?

Zachłysnęliśmy się trochę tym turniejem i fakt, że jest on rozgrywany u nas, powoduje dodatkową ekscytację. Grają przecież trybuny, Mazurek Dąbrowskiego ma okazję rozgrzać kibiców w Tychach, Lublinie, Kielcach i Gdyni. Fantastyczna sprawa i wielkie piłkarskie święto, z którego musimy się cieszyć i czerpać jak najwięcej. I zdać sobie przede wszystkim sprawę co ten turniej może nam naprawdę dać.

Czy polska myśl szkoleniowa dostarczała kiedykolwiek talentów do znaczących, europejskich lig? Czy pamiętacie może jakieś spektakularne, 19-letnie polskie perełki z Football Managera, które zawsze kupowaliście do swojego klubu? Czy skauci z Serie A, La Liga czy Premier League regularnie zapisywali w swoich notesach nazwiska młodych graczy Ekstraklasy, którzy mieliby zawojować piłkarski świat?

Śmiem wątpić. Jeszcze dziesięć lat temu polski piłkarz w Europie mógł odnosić sukcesy co najwyżej na bramce, a w miarę udane kariery naszych rodaków liczyliśmy na palcach jednej ręki, ekscytując się golami Andrzeja Niedzielana w NEC Nijmegen. Nie będzie zatem wielką przesadą stwierdzenie, że Robert Lewandowski wyważył wrota wielkiej piłki i położył podwaliny pod to, co dzisiaj nazywamy „modą na polskich piłkarzy”.

Dlatego też młodzieżowe mistrzostwa Europy w Polsce spadają nam niejako z nieba i doskonale wpisują się w ten fajny dla nas trend. „Nowy Lewandowski”, „następca Piszczka” – gdzie ich szukać, jeśli nie w najlepszym oknie wystawowym dla młodych graczy?

Zapomnieliśmy więc trochę jaki jest prawdziwy cel takiego turnieju, który – jak słusznie zresztą zauważył jeden z lubianych i popularnych komentatorów – „nie jest poważną piłką”. Zapomnieliśmy, bo jesteśmy jedną z najbardziej wygłodniałych futbolowych nacji na świecie i dopiero przyzwyczajamy się do tego futbolu zza ekranów telewizora, który na dobre zadomowił się na naszym podwórku.

Cel w minimalnym stopniu zaczynamy osiągać. Dawid Kownacki w notesach skautów zostaje podkreślony podwójną, czerwoną linią jako „the new Lewandowski”. Napastnik Lecha doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że ma swoje pięć minut i wie, że ciężar odpowiedzialności musi spocząć na jego barkach. Ze Szwecją, w ostatniej akcji meczu, mógł się zdecydować na dośrodkowanie w pole karne, rozegranie, poprowadzenie akcji do przodu. Postanowił huknąć z trzydziestego metra. Czy popełnił błąd? Pewnie tak, bo było to najmniej rozsądne rozwiązanie w tym momencie, ale do licha – kiedy ma próbować, jeżeli nie na EURO u21?

Otrzymujemy też nieśmiałe odpowiedzi na jeszcze bardziej nieśmiałe pytania – kto zastąpi Łukasza Piszczka i Kubę Błaszczykowskiego, którzy po przyszłorocznych mistrzostwach świata będą myśleć o końcu reprezentacyjnej kariery? Fajnie, że niedzielni kibice, którzy Ekstraklasę znają ewentualnie z internetowych memów, mają okazję przekonać się na własne oczy, że taki Tomasz Kędziora, Krzysztof Piątek czy Przemysław Frankowski to fajni, waleczni, odważni chłopcy, którzy zasługują na szansę występu u boku Lewandowskiego, Milika i Grosickiego na Stadionie Narodowym. I wszystko wskazuje na to, że taką szansę otrzymają szybciej, niż myślimy.

Mało kto będzie w nadchodzących sezonach pamiętał mistrza Europy u21 2017. Wszyscy za to zapamiętamy przewrotkę Pellegriniego, hat trick Asensio czy dryblingi Saula. I nie tylko my w Polsce pamiętać będziemy gola Kownackiego i rajdy Frankowskiego. Dlatego też wyżej wymienieni zawodnicy są prawdziwymi wygranymi tegorocznych mistrzostw. Nie reprezentacje.

k

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: